Pierwszy list Michała:
Jestem 36 letnim mężczyzną. Na depresją choruję osiem lat. To już nie jest depresja. To coś znacznie gorszego. Z powodu tej choroby pracuję na pół etatu. A poza tym cały czas siedzę sam w domu i albo oglądam telewizję albo grzebię w sieci. Biorę trzy rodzaje silnych prochów ale niewiele mi pomagają. Całymi dniami wyleguję na łóżku. Nie jestem do niczego zdolny. W głowie mam tylko natłok obrazów z przeszłości. Chciałbym jeszcze jakoś pozbyć się tej choroby ale jak? Nie mam zupełnie pomysłu ani sił na dalsze życie. Mój świat się skurczył do tych kilku metrów kwadratowych mojego mieszkania i kilku podstawowych czynności fizjologicznych. Nie ma we mnie nic oprócz strachu. W tym piekielnym stanie trwam już tyle lat. Po co mam tak żyć a może wegetować, skoro nie mam już absolutnie żadnej nadziei? Ja tylko potrafię ranić żonę, córkę i innych. Boję się o swoją pracę bo wydaję mi się że straciłem wszelkie umiejętności, cała moja wiedza gdzieś wyparowała a głowie jest tylko chaos i pustka. Czy jedynym wyjściem z tego stanu jest tylko samobójstwo? Błagam i proszę o pomoc. Michał
A oto fragmenty listów Michała po rozpoczęciu terapii:
Drogi Panie. Jadąc do Pana nie wierzyłem w to, że jest ktoś kto może mi pomóc. Pan już podczas tej pierwszej długiej sesji dał mi taką nadzieję. Po wyjściu z gabinetu zrozumiałem, że podczas sesji w hipnozie coś ważnego przełamało się w moim wnętrzu. Będąc wieczorem w hotelu bardzo długo płakałem ale wiedziałem, że ten płacz był dla mnie wtedy oczyszczający... następnego dnia czułem ulgę.(...) W pociągu myślałem o tych krzesłach i o tym kogo jeszcze powinienem na nie zaprosić...
Po dwóch miesiącach:
Panie Sławku Dzisiaj podjąłem ważną decyzję! Chcę żyć! Powiedziałem Iwonie, że idę do pracy w drukarni. Zmartwiło mnie to, że ona nie podeszła do tego z takim entuzjazmem jak ja. Może jeszcze nie wierzy, że ja staję się inny. Po południu miałem znowu okropny dół ale już wiem jak mam sobie z tym radzić. Rozmawiałem z moim szefem w sprawie zmiany pracy. Powiedział mi, że jest zaskoczony ale cieszy się z tego, że powoli odzyskuję siły. Na razie nie może mi pomóc ale obiecał, że pomyśli o mojej prośbie. Myślę, że to będzie taki test dla mnie kiedy znowu zacznę pracować na całym etacie. Cieszę się, że Ola już zaczęła rozmawiać ze mną. Niby to nic takiego ale wie Pan jak mnie to bardzo męczyło. Najbardziej niepokoi mnie jeszcze to, że Iwona patrzy na mnie jeszcze podejrzliwie. (...) Ciągle przypomina mi tylko o tym zadaniu, które mi Pan zlecił. Czy mam jeszcze wykonywać łącznie z pierwszym ćwiczeniem? (...) Boję się jeszcze tego, że wszystko wróci...
Jedna z moich pacjentek Ewa napisała w taki sposób:
Dzień dobry
Chociaż nie wiem dlaczego tak zaczęłam ten parszywy list do Pana. Właściwie to sama nie wiem co się ze mną dzieje. Boje się wstać rano i płaczę bez powodu. Lekarstwa nie skutkują. Najlepiej czuję się jak jestem sama w domu, Zdaję sobie sprawę z tego, że zachowuje się dziwnie. Mam wrażenie że jestem nikim. Cokolwiek robię to mnie przeraża. Powiedziałam mojemu mężowi, że powinniśmy się rozwieść. Ale później żałowałam tego i długo nie mogłam się pozbierać. Nie radzę sobie z niczym. Boję się, że szefowa podziękuje mi za pracę. Wiem, że mąż nie może już dłużej tego znieść. Nieraz przesiedzę cały dzień w domu bezczynnie. Po prostu nie mogę się zmusić do żadnej pracy a nawet nie widzę takiej potrzeby. Ta bezsilność mojego męża wywołuje u mnie jeszcze głębsze stany depresyjne. Nie potrafię z tym walczyć. Boję się wyjść na ulicę - chcę być sama i nie chcę mieć żadnych kłopotów! Ja po prostu nie potrafię żyć z ludźmi. Czy terapia Pana może mi pomóc? Ale ja również w to nie wierzę. Jeśli widzi Pan jakąś szansę dla mnie to proszę odpisać. Ewa
Po kilku sesjach Ewa napisała do mnie bardzo "wojowniczy" list a ja ucieszyłem się z niego. Po prostu Ewa zaczęła samodzielnie stawać na własnych nogach!
Drogi Panie Sławku!
Niestety miał Pan rację, że "co się polepszy, to się popieprzy" - proszę wybaczyć mi to "kulinarne" określenie. Nie będę kłamać, że wolałam poprzednie samopoczucie (mój mąż chyba też), ale trudno. Szczęście w nieszczęściu, że po prostu zamknęłam się w sobie na cztery spusty na zamek gerda i nie mam ochoty z kimkolwiek gadać - najlepiej, żeby wszyscy dali mi święty spokój. (Dobrze, że dzisiaj jest niedziela, bo trudno byłoby mi przetłumaczyć mojej szefowej, że nie mam ochoty wysłuchiwać jej zrzędzenia). Może jutro będzie lepiej. Jerzy pewnie w skrytości ducha cieszy się, że ta zmiana po ostatnich sesjach polega tylko na moim wyciszeniu, a nie na reakcji odwrotnej, bo zapewne byłby pierwszym obiektem na moim celowniku. ( Co on się ze mną ma!!!) Ale w gruncie rzeczy bardzo cieszę się, że są jakiekolwiek zmiany - lepsze, czy gorsze - ale uwolniłam się od tego marazmu i beznadziejności, w której ugrzęzłam i tkwiłam do niedawna. W związku z tym dziękuję Panu bardzo i wpraszam się na następną wizytę. Ewa
Listy od Iwony
Witam...
to wspaniałe, że udało się Magdzie uleczyć własną dusze i ciało..
ja nie umiem..
nie potrafię...
tak bardzo tego pragnę..
ale nie mogę...
jestem przerażona, bo przybieram na wadze..
nie mogę na siebie patrzeć..
nie mogę..
tak bardzo nienawidzę swojego ciała..
tak bardzo..
chcę być chudsza..
tak bardzo chcę!!!
ale moje próby są niczym..
tak jak ja - jestem niczym..
nie nikim - niczym,
bo nikim może być człowiek,
a ja za niego się nie uważam..
jestem 'czymś', co umarło w dniu swoich narodzin..
(być może dlatego tak bardzo nienawidzę dnia 16 stycznia, którego się urodziłam)
nie mam na nic siły...
ledwo mi jej starcza, by zwymiotować to, co zjadłam...
zwracam codziennie..
im więcej, tym bardziej jeszcze siebie nienawidzę..
ale nie mogę przestać..
po prostu nie mogę..
dlaczego..
dlaczego?!
jestem taka zmęczona walką..
nieustannym bojem..
tylko o co?
o co walczę?
o to by znosić kolejne cierpienia?
o to by nie móc po prostu 'być'?
'być' kimś, kto zasługuje na życie..
bo ja nie zasługuję..
jestem nędznym wyżeraczem, pasożytem,
który nie umie sam sobie radzić,
tylko wysysa z innych ich 'istnienie',
mając nadzieję na pozyskanie życiodajnej energii..
ale to nie ma sensu..
bo nikt nie chce dać mi tego, czego potrzebuję..
nie wiem czego..
ale wiem, że tego we mnie nie ma..
nie ma..
nie ma niczego..
więc..
jestem niczym..
Po kilku miesiącach Iwona napisała kolejny list:
Witam
Panie Sławku
Ja tak się zastanawiam jak to się stało, że przestałam chorować. Mam ostatnio tak strasznie dużo stresu, w domu piekło, rodzice się rozchodzą i mnóstwo innych rzeczy i jak płacze to myślę jak to się działo, że w takim stanie sięgałam zawsze po jedzenie. A teraz to nic nie przełknę. Tyle czasu walczyłam i nagle mi się udało i ode mnie odeszło, strasznie dziwne, jednak się da, cały czas nie dowierzam i myślę: a może kiedyś powróci, ale fizycznie jest to aktualnie nie możliwe bo ja nawet nie mam apetytu jak się źle czuje psychicznie, boże jak super, nie jest mi lekko z wielu innych powodów ale to że nie ma w moim życiu problemu z jedzeniem, nałogu jest najcudowniejsze!!!!!!!!! Niech pan powie swoim pacjentkom, że z bulimii naprawdę da się wyleczyć, a mnie się udało - budowałam tylko swoją świadomość i tym wygrałam. Cieszę się, że miałam okazję pana w tej chorobie poznać, uważam że jest pan świetnym terapeutą. Pozdrawiam. Iwona
.... i jeszcze następny list...
Witam!!!!
Bardzo mnie zaskoczyła Pana wiadomość, tzn. że Pan mi zaraz odpisał. Super, polubiłam Pana i dlatego miło mi dostać coś od Pana. Otóż napisał Pan w cudzysłowie wyraz, że opanowałam bulimię, tzn. ze biorąc Pana doświadczenie nie bardzo potrafi Pan uwierzyć, że z niej tak szybko wyszłam, Nie ma sprawy rozumiem to bo sama każdego dnia nie mogę też w to uwierzyć. A jednak nie ma jej ze mną a jej sens dlaczego była też zrozumiałam, to był mój krzyk o pomoc, mój ból którym nigdy nie potrafiłam się z nikim podzielić, a samej też trudno było się przyznać przed sama sobą. Nagle stałam się słaba, nagle przestano podziwiać mnie za sukcesy na scenie, mało tego okazało się nagle, że konkurencja wygrała, nie chciano mnie na jednej uczelni, drugiej, i pokończyło się wiele innych rzeczy: pieniądze, wygoda, luksus, w którym byłam wychowywana, poczucie bezpieczeństwa. Znęcałam się nad sobą, zamykając się w moim smutku, bólu, a wychodząc do ludzi dalej grałam pełna sukcesów. Gdy człowiek wcale się tak nie czuje to kosztuje to wiele wysiłku taka gra, potem zostawałam sama ze sobą prawdziwa i nie umiałam przyjąć tej słabej, pełnej lęku Iwony i tak pojawiła się choroba, natręctwa, myśli, obsesje sukcesów artystycznych, nerwica no i bulimia jako sposób na łagodzenie i próbę ucieczki od myśli które tak bolały. Teraz to zrozumiałam, że jak coś boli to po to, że ma boleć i trzeba to przeżyć, przyjąć to cierpienie jako jakiś sygnał, że coś wymaga zmiany, uleczenia czy zrozumienia. Zrozumiałam, że nie mogę uciekać, gdy mnie boli, nie mogę szukać w czymś ucieczki, w alkoholu, lekach, jedzeniu, w niczym. Musze to ugryźć, poczuć jak boli, przeżyć to cierpienie, a tylko wtedy odejdzie. Nie wiem czy dobrze to sobie wykombinowałam ale z bulimią tak właśnie wygrałam poprzez zbudowanie sobie takiej świadomości, poprzez zrozumienie. Te 3 miesiące, które przeżyłam tu z rodzicami były tak okrutną dla mnie lekcją, że po jutrze wyjeżdżam z niezłym bagażem nowych doświadczeń, rozczarowań, bólu ale i prawdy, którą było mi dane poznać. Niestety stałam się tym kimś kto stał po środku i był ich psychologiem, próbował ich godzić a potem rozdzielać bo tak w ostateczności dla jednej ze stron okazało się lepsze. Zrobiłam dużo, pokazałam, którą drogą mają iść a teraz muszą żyć już sami.
A jak tam praca z pacjentami? Mam nadzieję, że u Pana wszystko dobrze. Ja wkrótce dam znać.
Pozdrawiam baaaaaaaaardzo serdecznie!!!
Iwona
List Iwony z 4 lutego 2005 roku.
Dziękuje ślicznie Panie Sławku za zredagowanie mego listu na stronie www. Może być tam nawet moje imię. Nie przeszkadza mi to i nie wstydzę sie mojej choroby bo już mnie nie dotyczy, to już jest za mną ale bardzo chciałabym żeby te dziewczyny uwierzyły, że z bulimii da się wyjść i żeby zaczęły intensywnie nad sobą pracować, nad swoim umysłem, nad budowaniem samoświadomości. Mnie to pomogło oraz przeczytanie parę ksiażek o filozofii życia. Teraz zaczęłam czytać "Biografia Jogina" Joganandy, zna Pan? Dopiero zaczęłam ale rewelacja, polecam. Pozdrawiam serdecznie!!!!
Iwona
A oto list Igi z 2 maja 2005 roku
Jak obiecałam odzywam się jak tylko wróciłam... Chcę jeszcze raz Panu
podziękować za pomoc. Wróciłam do domu i trochę dziwnie się czuje... Nie
czuje się jakby to był mój dom. Tęsknie za domem w Polsce. Ale staram się
myśleć realnie. Już nie podejmę żadnej decyzji spontanicznie (tak jak wyjazd
do rodziców do Paryża) najpierw szkoła... Tylko rok został a później
zdecyduje co będę robić... Uspokoiłam się trochę... ( nawet ''podchody''
mamy już mnie nie ruszają)
Nadal nie wiem czy potrafię skończyć z bulimią i czy są już jakieś efekty terapii
... ale jednego jestem pewna ze pomógł mi Pan także w czymś innym ( i może od
tego powinnam zacząć ). Sesje z Panem zmieniły moje nastawienie do życia i
dały mi więcej optymizmu. Nie myślę o przeszłości i najważniejsza jest
teraźniejszość a później przyszłość.. Lekarstwo na przeszłość to właśnie
teraźniejszość. Chyba mam większy dystans do tego co mówią inni... mama czy
tata. Spokój... Jestem spokojna jaka nigdy nie byłam.
I chociaż jest tak jak się obawiałam, Mama jak tylko mnie zobaczyła od
razu powiedziała '' Igo... Boże.... Ty nic nie przytyłaś'' No i
kontrola musi być, oczywiście, to staram się to ignorować... Ja chce się
zmienić a mama już taka jest i chyba nic ją nie zmieni... A ja nie chce
nikogo zmieniać. Zresztą nie potrafię... Zbieram się na rozmowę z nią...
Szczerą rozmowę, żeby moc jej powiedzieć co o tym myślę i jak może mi pomoc
skoro tak bardzo chce. Wiem że, wtedy poczuję ulgę na sercu i duchu. A czy
to dotrze do mamy to nie mam pewności ale warto spróbować. Na razie zbieram
argumenty, które przemówią do mamy...
Zrobiłam pierwszy krok w przód, jeżeli chodzi o szczerość... Zawsze bałam
się powiedzieć o 'wszystkim' chłopakowi.. Bałam się, że coś się zmieni. Że
nie będziemy już razem. Ale nie chciałam go dłużej okłamywać wiec sobie
pomyślałam, że lepiej powiedzieć, bo wtedy okaże się czy naprawdę mnie kocha.
Teraz mam w nim wsparcie i wszystko jest w porządku... Było ciężko mi o tym
mówić, trochę było mi wstyd i w ogóle.. . ale było warto...
Nawet jeśli nie przestanę wymiotować to pobyt w Ciechanowie będę na pewno
pamiętać i z miłą chęcią tam wrócę. Czuję, że coś zyskałam, wzbogaciłam się
a z pewnością nic nie straciłam.
Wracam teraz do codzienności... Szkoła, dom, szkoła i tak w kółko. Ale
już nie myślę żeby zasnąć i się nie obudzić, teraz czekam kiedy zacznie się
nowy dzień i mam nadzieję że będzie lepszy i ciekawszy od poprzedniego. Mam
dużo nauki. Egzaminy się zbliżają więc będę zajęta, ale z pewnością znajdę
czas na przyjemności. I wykorzystam go jak najlepiej w tym życiu. jestem
otwarta na zmiany... zmiany na lepsze.
Dziękuję jeszcze raz i serdecznie pozdrawiam. Odezwę się czasem jeszcze...
a póki co wracam do nauki. Iga
List Andrzeja z dnia 30 lipca 2005 roku
Witam panie doktorze i dziękuje za tą miłą niespodziankę, że pan znowu napisał.
Na poczatku przepraszam, że dopiero odpisuje ale dopiero od kilkunastu dni sprawdziłem pocztę. Moje zdrowie poprawia sie z dnia na dzień chociaż mam czasami gorsze dni, chodzę ciągle śpiący ale jakoś staram się żyć. We wrzesniu mam wyjechac do Małgosi taty do pracy do Niemiec żeby zabić czas a troche wcześniej z Małgosią, z siostrą i jej chłopakiem nad morze. Maila, którego dostałem od pana i to zadanie wbiłem sobie do głowy. Część zadania jest mi łatwiej wykonać ale trudno mi sobie wyobrazić tą niebieską energie w autohipnozie. Po wizycie u pana byłem na wizycie u psychiatry i powiedziała, że jest poprawa i zmniejszyła mi zolafren z 15 mg do 10. Teraz moim jedynym celem jest rzucić tabletki zolafren i zostać na samych tabletkach depacine chrono a potem zdrowie i myśle, że to już tylko będzie kwestia czasu. Zanim to nastąpi musze jednak jeszcze się troche pomęczyć. Pozdrawiam. Andrzej
|